Blog

03/2009/(1)

Piątek 27/03 /2009

Anna

[20:57:15]

Seoul - South Korea

Długo zwlekałam z napisaniem tej notatki, gdyż sama nie wiedziałam, od czego tak naprawdę zacząć. Wielokulturowość tego państwa, w którym współczesność miesza się z przeszłoscią jest tak ogromna, że ciężko w kilku słowach opisać przeżycia jakie wyniosłam z pobytu z Seulu. Lecąc tam wiedziałam, że z pewnością będzie zupełnie inaczej niż w Europie - chociażby to, że na castingi oraz prace (czego w Tokio nie było) modele są zawożeni samochodami. Wynika to z faktu, że ciężko samemu poruszać się po tej metropolii - kiepskie oznakowanie dróg nie sprzyja zbyt zwiedzaniu miasta. Jednak warto, gdyż dzięki temu możemy odkryć wiele fascynujących miejsc - ukryte na obrzeżach kapliczki i świątynie, góry czy słynne więzienie, w którym naprawdę czuć oddech przeszłości. Warto to miejsce odwiedzić - zostało ono przerobione na muzeum dokumentujące wojnę japońsko-koreańską. W celach można podziwiać woskowe figury, które wydają jęki i krzyki oraz się poruszają.. Zastanawiające jest jednak to, dlaczego to muzeum zostało utworzone? Wspólnie ze znajomymi, z którymi odwiedziłam to miejsce, uznaliśmy, że potęguje to jedynie wzajemną niechęć Koreańczyków do Japończyków. Mimo wszystko - polecam, ciekawe doświadczenie, szczególnie możliwość wejścia do małej celi lub oglądnięcie projekcji egzekucji (relacje wypowiadane po koreańsku brzmią jeszcze bardziej przerażająco) są niesamowitym przeżyciem.Co do kultury - z pewnością różni się ona od japońskiej, myślę, że większy wpływ miały tutaj chiny.. Ludzie z reguły nie są otwarci, dopiero po późniejszym poznaniu możemy stwierdzić, czy ktoś tak naprawdę nas polubił. Mało kto wyczuwa ironię w głosie, o czym wielokrotnie się przekonałam - gdy zaczęłam narzekać sobie na sytuację dookoła, na pogodę i to, ile castingów przed nami (czyli - słoneczny dzień i jeden casting przed nami) z przerażeniem w oczach zaczęto mnie zapewniać, że niedługo skończymy, że tak, faktycznie jest zimno, chociaż przecież jestem z Polski, więc nie powinnam tak narzekać na pogodę :) Jakże ciekawą atrakcją była praca nad magazynem Luele! Zdjęcia miały przedstawiać szczęśliwą parę na sylwestrowym wyjeździe w góry. Wyprawę w góry rozpoczęliśmy o 4.30 rano (w nocy??), po 2 godzinach drogi rozpoczęto makeup i włosy, około 11 rozpoczęliśmy zdjęcia. Ah, jak przyjemnie stać na śniegu w sandałkach na obcasie, letniej sukience i krótkim futerku! Radość na twarzy miałam wprost wypisaną, jeszcze bardziej ucieszyłam się, gdy ktoś wpadł na pomysł, żebym podrzucała w górę śnieg (oczywiście bez rękawiczek, bo po co ;)) i przy tym się śmiała.. Mój śmiech słychać było pewnie aż w Polsce, szczególnie, gdy sandałki zaczęły wbijać się w podłoże, a fotograf nadal twierdził, że źle celuję kulką ze śniegu w modela, który stał nieopodal (on miał większe szczęście - dostał garnitur i lakierki, ale mimo to drżał z zimna). Mimo wszystko pracę tę wspominam mile - każdy chciał jakoś pomóc, a to przynieść mi kocyk, a to ciepła herbatka lub kawa (btw - kawę robią w następujący sposób - do kubeczka wsypują kawę rozpuszczalną 3 w 1, po czym zalewają to taką ilością wody jak do espresso.. smakuje jak coś w rodzaju bezalkoholowego kawowego likieru..)..Korea pomogła mi się jednak oswoić z jednym z moich lęków, mianowicie konie i kucyki. Na jednej z sesji musiałam oprzeć się o kucyka (bardzo wyrośnietego!) i udawać zrelaksowaną. A właściwie nie udawać, bo to mi jakoś wychodziło, ale BYĆ zrelaksowaną. Z tym już tak prosto nie było - oczyma wyobraźni widziałam, jak kucyk zwinnym krokiem obraca się tyłem i oddaje wielkiego kopniaka w moją stronę.. On chyba czytał w moich myślach, bo zauważyłam, że powolutku (pewnie myślał, że nie zauważę) zaczął zmieniać swoje ustawienie.. Dzięki Bogu zdjęcia zostały zrobione szybko, a ja, z szaleństwem w oczach mogłam oddalić się od niebezpiecznego stworzenia. Rezultatów zdjęć jeszcze nie widziałam, przewiduję, że będą rewelacyjne - obłęd w oczach zawsze jest w cenie.Wyjazd do Korei był jednym z ciekawszych w moim życiu, aczkolwiek nic nie ma za darmo.. Spędziłam święta poza domem. Początkowo uznałam, że to nic wielkiego, jednak w przeddzień Wigilii ze łzami w oczach wraz z koleżanką udałyśmy się do mieszkania.. Z dala od rodziny i domu próbowałyśmy jakoś nawzajem się pocieszać, jednak bez wielkich efektów. W ramach akcji charytatywnej 'wesprzyj modelki w święta i daj im zjeść' otrzymałyśmy od agencji karton mandarynek oraz 2 ciasteczka. Łał, szaleństwo! Od razu uśmiech na twarzy, lampki w zęby, choinka pod pachę i skaczemy z radości po mieszkaniu! :)Sylwestera wspominam milej. Nowy Rok.. 2009, tak? W Korei, o matko! Wiedziałam, że nie warto wierzyć w przesądy 'jaki sylwester, taki caly nowy rok'..Location job - praca w miejscu poza miastem, czasem także poza krajem. Tajlandia!!! Gdy usłyszałam, że mam spędzić 4 dni w miejscu pełnym słońca, cieszyłam się jak dziecko. Wreszcie jakaś odmiana od Korei! Polecieliśmy z całą ekipą oraz jednym modelem do Phuketu. Miejsce, w którym mogłabym zostać na conajmniej kilka lat.. Pogoda rewelacyjna, ludzie tak przyjaźni i otwarci, że aż nie mogłam w to uwierzyć, piękna plaża.. Oczywiście ja jako fanka wszelkiego rodzaju sportów zagrażających zdrowiu i życiu (żart, żart) od razu namówiłam kolegę i wypożyczyliśmy wodne skutery. Zabawy było mnóstwo, szczególnie, że udało nam się po 5 minutach wywrócić skuter, prawie go zatopić i popsuć. Szczęśliwie otrzymaliśmy drugi i przemierzyliśmy na nim sporą część wybrzeża. W takich momentach czuje się, że warto żyć, uświadamia się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po tych przeżyciach uznałam, że warto pójść po całości i zrobić coś jeszcze - wypożyczyć motor! :) Po moich namowach udało mi się przekonać Adama (model), że warto wydać trochę pieniądzy nie na rzeczy materialne, pamiątki itp, ale na przeżycia, których nikt nam nie zabierze.. Wobec tego przemierzyliśmy całe miasto na tym motorze, czując wiatr we włosach (ok, nie we włosach, tylko w kasku) i pędząc przez wzgórza i doliny (ah, jak poetycko). Adam na szczęście nie należał do powolnych kierowców, ale do tych szybkich i ostrożnych ;). Gdy z hukiem silnika i piskiem opon podjechaliśmy pod nasz hotel, cała ekipa wyszła na zewnątrz sprawdzić, czy to na pewno nie żart i czy naprawdę jesteśmy motorem. Następnego dnia trzeba było jednak oddać się pracy i nasze maleństwo musiało poczekać zaparkowane grzecznie na parkingu. Tajlandia jest miejscem, do którego na pewno chcę wrócić - 4 dni to stanowczo za mało, by naprawdę poznać i docenić ten kraj - mi udało się nim zachwycić i zakochać w nim od pierwszego wejrzenia! Po powrocie do Korei można było wpaść w depresję - pogoda taka sama jak u nas w styczniu, jednak nawał pracy skutecznie odwrócił moją uwagę od smutków i szarości. Mogłam rzucić się w wir sesji i pozowania. Ostatnie kilka dni spędziłam na zwiedzaniu, szczególnie polecam dzielnicę Iteawan - zlepek wszystkich kultur świata, bardzo dużo turystów - miejsce, które trzeba odwiedzić będąc w Korei. Dobrym miejscem dla zakupoholików jest Dong-de-mon (możliwe, że źle napisałam nazwę, sprawdzę przy okazji) , gdyż można tam znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie. Mi udało się nawet odnaleźć koszulkę z napisem 'Polska' oraz białym orłem, niestety flaga była do góry nogami. Mimo wszystko, przynajmniej się starali :)Podsumowując, wyjazd był udany, wiele mnie nauczył, także zawodowo -myślę, że dzięki wymaganiom Koreańczyków co do pozowania na sesjach - wzorują się na zachodnich magazynach, Vogue'ach, Elle itd, i chcą dokładnie takie same pozy albo i lepsze - udało mi się osiągnąć wyższy poziom wtajemniczenia ;) nawiązałam kilka znajomości, które nadal podtrzymuję, spotkałam wielu wspaniałych ludzi na miejscu, chociażby moje menadżerki Yumi i Silvia, driver Mu, oraz cała agencja "W".. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć - przybyłam, zobaczyłam i zdobyłam :)

03/2009/(1)

© 2010 Mixer.pl Kontakt (Mixer)   zarejestruj się   przypomnij hasło   regulamin